Hiszpania!

Dzień 1 / przylot

Nareszcie! Wyczekane i wymarzone wakacje… Szymona oczywiście 🙂
Kibic legendarnego klubu zażyczył sobie taką podróż i oto jesteśmy w Hiszpanii.
Pierwszy swój lot samolotem przeżył dość znośnie, choć nie obyło się bez katastroficznych komentarzy. Miałam niezły ubaw, bo ja uwielbiam latać.
Po godzinnym transferze autokarem z Barcelony byliśmy na miejscu: Santa Susanna – Hotel Checkin Sirius. Jeszcze dobrze nie wrzuciliśmy walizek do pokoju, a już byliśmy na plaży 🙂 Do tego pyszna kolacja i wieczorny spacer po okolicy i pierwszy dzień przygody za nami.

Dzień 2 / Malgrat de Mar

Costa Brava to jedno z piękniejszych wybrzeży Hiszpanii. Jedno miasteczko się kończy, a drugie zaczyna. Wykorzystaliśmy więc tę bliskość i przeszliśmy się do sąsiedniego miasteczka Malgrat de Mar. Jest już po sezonie, więc wiele sklepów czy restauracji jest nieczynna, ale nam to absolutnie nie przeszkadza. Cenimy spokój i unikamy tłumów 🙂
Spacerując po pustych uliczkach natknęliśmy się na windę, która zabrała nas na wzgórze. To Parc del Castell, spokojne miejsce, skąd mogliśmy podziwiać panoramę miasta.
Na wieczorny spacer wybraliśmy się znowu po Santa Susanna. Nogi wchodziły nam wiadomo gdzie, ale było warto 🙂

Dzień 3 / DofiJet’em po Costa Brava

Absolutna rewelacja!
Łódź odrzutowa (jet boat) zabiera turystów na wycieczkę wzdłuż wybrzeża, zaczynając od miasteczka Calella, a kończąc w Tossa de Mar.
Rejs łodzią DofiJet to było dla nas niesamowite przeżycie (moją chorobę morską zrekompensowały widoki cudownych plaż, skał, jaskiń, zamków i domów na skałach). Gdy dotarliśmy do miejsca docelowego, wybraliśmy się na spacer po Castell de Tossa de Mar, Muralla de la Vila Vella oraz Far de Tossa. Obowiązkowo zahaczyliśmy też o piękną plażę Playa es Codolar. Krążąc po wąskich, klimatycznych uliczkach wstąpiliśmy do kościółka Sant Vicenç de Tossa. Ostatnią prostą do hotelu pokonaliśmy pociągiem R9 z Blanes.
Było super!

Dzień 4 / deszczowy Montserrat

Jedź za granicę – mówili, będziesz miał pogodę – mówili 😀
A pogoda robi swoje, zwłaszcza we wrześniu. Trafił nam się jeden fatalny dzień, lało jak z cebra, a my mieliśmy wykupioną wycieczkę. Trudno… trzeba jechać!
Po godzinie jazdy autokarem rozciągnął się przed nami widok niesamowitego masywu górskiego. Wyglądał jak skała pocięta w poprzek przez ogromną piłę (według legendy to aniołowie pocięli górę złotymi piłami, by przygotować miejsce dla przybywającego apostoła Piotra).
Męski klasztor benedyktyński i bazylika na skalistym Montserrat to przede wszystkim miejsce kultu Czarnej Madonny, ale również symbol tożsamości narodowej Katalończyków. Mieliśmy okazję zobaczyć Czarnulkę – La Moraneta, pomodlić się i wysłuchać cudownego występu chłopięcego chóru Escolania. Zachęcam do zagłębienia się w historię klasztoru oraz samej figurki, bo jest interesująca.
Ze względu na wspaniałą pogodę nie było nam dane podziwiać panoramy, ani dotrzeć ścieżkami do punktów widokowych, ale niezłą atrakcją okazał się wjazd kolejką zębatą na wysokość ok. 1000 m n.p.m.
Wróciliśmy do hotelu przemoknięci i zmęczeni, ale zadowoleni 🙂

Dzień 5 / wietrzne Blanes

Dzień 11 września to dla Katalończyków Święto Narodowe – Diada Nacional de Catalunya, w skrócie La Diada. Kojarzy się przede wszystkim z flagami. Czerwono-żółte senyery są obecne wszędzie i na każdym budynku.
Postanowiliśmy spędzić ten dzień na plaży w Blanes. Silny wiatr nie przeszkodził nam w wejściu na Portal de La Costa Brava, skąd roztacza się wspaniały widok na morze i miasteczko. Po powrocie do hotelu czekała na nas miła niespodzianka w postaci pokazu tańca flamenco.

Dzień 6 / Barcelona na szybko

Ach, wyczekana Barcelona!
Niestety była to wycieczka fakultatywna z biura podróży (tak jak w przypadku wyprawy na Montserrat) i spodziewałam się, że na nic nie będzie czasu. Wszystko szybko albo zza okna autobusu, ale najbardziej zależało nam na Camp Nou, więc machnęliśmy ręką na inne atrakcje i dzielnie znosiliśmy pośpiech.
Barcelona w pigułce zaczęła się od okrążenia z zewnątrz Sagrada Familia. Jestem pod wrażeniem tego niedokończonego arcydzieła Gaudiego. Ponoć prace postępują bardzo szybko i za kilka lat planowane jest zakończenie budowy. Kolejnym przystankiem był stadion. Zwiedziliśmy muzeum, stanowisko komentatorów, szatnie, salę konferencyjną i oczywiście ławki rezerwowych usytuowane przy cudownej, idealnej murawie, której niestety za żadne skarby nie można było dotknąć. Nie mogło zabraknąć oficjalnego sklepu FC Barcelona, gdzie młody nabył koszulkę: zamiast Messi widnieje dumnie Kocma 🙂 Przywieźliśmy też do domu kawałek murawy z Camp Nou, ot tak na pamiątkę.
Po stadionie zwiedziliśmy kolejno: centrum Barcelony, czyli Plaça de Catalunya oraz La Rambla, a także Poble Espanyol, czyli Miasteczko Hiszpańskie wybudowane na wzgórzu Montjuïc. Zbliżał się wieczór, więc obejrzeliśmy spektakl roztańczonych w rytm muzyki fontann, rozświetlonych w iście bajeczny sposób. To był piękny dzień!

Dzień 7 / plażowy chillout

Hiszpańska przygoda dobiega końca. Było pięknie jak na pierwszy raz na Costa Brava. Z pewnością tu wrócimy…