Wakacje nad Bałtykiem

Jastrzębia Góra i Rozewie

Tutaj nas jeszcze nie było! Zatem kolejne sierpniowe wakacje postanowiliśmy spędzić w najbardziej wysuniętym na północ miejscu w Polsce, czyli w Jastrzębiej Górze! Bliskość Półwyspu Helskiego i wiele atrakcji dookoła była dodatkowym atutem w razie niepogody. I chociaż mieliśmy cudowną pogodę zarówno na plażę, jak i na zwiedzanie, to zawsze trzeba się zabezpieczyć w razie kaprysów bałtyckich 🙂 Mieszkaliśmy w pięknym i bardzo spokojnym miejscu – Domki Jasna Polana, skąd mieliśmy niedaleko do plaży, a jednocześnie panował niczym niezmącony spokój.
Jastrzębia Góra to jedno z najbardziej wyrazistych miejsc na polskim wybrzeżu, ponieważ leży na wysokim, klifowym brzegu (sięgającym nawet 33 metrów n.p.m.). Plaża jest piękna, szeroka i piaszczysta, ale żeby się na nią dostać należy pokonać schody… mnóstwo schodów! Nasze zejście na plażę nie było tak okrutne, ale znajdujące się zejście z klifu w centrum miasta, to prawdziwy trening dla nóg! Nieopodal naszych domków, tuż przy granicy Jastrzębiej Góry z Rozewiem, znajduje się malowniczy wąwóz o długości 350 metrów ze szlakiem prowadzącym na plażę i pamiątkowym obeliskiem – Lisi Jar. Było warto zejść nim pewnego dnia na zachód słońca, bo miejsce jest urocze i klimatyczne.
Będąc w Jastrzębiej Górze odwiedziliśmy Muzeum Figur Woskowych (Maks miał okazję poznać Pana Fasolę) oraz weszliśmy na latarnie morskie, które znajdują się w Rozewiu. I tym samym mam z Szymonem zdobyte dziesięć z piętnastu latarni na polskim wybrzeżu (Maks o dwie mniej, ponieważ w Ustce i Niechorzu byliśmy przed jego narodzinami). Kolejne sierpniowe wakacje nad Bałtykiem za nami!

Półwysep Helski i Hel

Do Helu wybraliśmy się dwukrotnie – najpierw pociągiem, a na drugi dzień samochodem. W tym miejscu muszę podkreślić, że chyba rowerem byłoby najspokojniej, bo oba środki transportu podkręciły w nas poziom frustracji i gniewu do maksimum, ale po kolei.
Podróż pociągiem z Władysławowa na Hel to jedna z najbardziej malowniczych tras kolejowych w Polsce, a w sezonie letnim często najszybszy sposób na pokonanie Mierzei Helskiej, więc wybraliśmy tę opcję jako pierwszą. Choć było dość wcześnie, to szynobus, do którego wsiedliśmy w ostatnim momencie był już mocno zatłoczony, a na peronie kłębiły się tłumy ludzi (dokąd oni jadą? :)). Pociąg sunął wzdłuż wąskiego paska lądu, a z okien można było podziwiać Zatokę Pucką oraz sosnowe lasy oddzielające tory od otwartego morza. Gdy dotarliśmy do Helu, zaczęliśmy zwiedzanie od Muzeum Rybołówstwa, które usytuowane jest w zabytkowym budynku dawnego kościoła ewangelickiego. W środku muzeum oryginalna aranżacja łączy walory wystawiennicze z wyjątkowością dawnej przestrzeni sakralnej. Prezentowane są tam zabytkowe łodzie i narzędzia rybackie, warsztat szkutnika i zagadnienia związane z ekologią Bałtyku. Wokół budynku zgromadzono w formie skansenu tradycyjne rybackie jednostki, zaś szczególną atrakcją oddziału jest wieża, ze szczytu której rozpościera się widok na helski port i Zatokę Gdańską. Następnie przeszliśmy się po porcie i skierowaliśmy się w stronę latarni morskiej. Pierwsza ceglana wieża była wybudowana tu w 1807, jednak w 1939 roku musiała zostać wysadzona przez polskich saperów, aby nie ułatwiać zadania wojskom niemieckim ostrzeliwującym Hel. Obecna latarnia została wybudowana w 1942 roku według planów niemieckich. Ma kształt oktagonalnej wieży z czerwonej cegły i prawie taką samą wysokość jak poprzednia latarnia. Taras widokowy znajduje się na wysokości aż 38,5 m, podobnie jak światło generowane przez żarówkę o mocy 1000 W (jest ono widoczne aż na 36 km). Po zejściu z latarni, wsiedliśmy do meleksa i dotarliśmy z powrotem do portu. Przeszliśmy się uliczkami i bulwarem nadmorskim, który prowadzi przez Park Wydmowy, aż dotarliśmy do Domu Morświna. Ten niewielki budynek, skrywa ogrom wiedzy o naszych bałtyckich ssakach, a pan przewodnik genialnie ją przekazuje. Maks był zaciekawiony, słuchał i zadawał pytania – jednym słowem – obowiązkowe miejsce do odwiedzenia podczas pobytu w Helu. W drogę powrotną wyruszyliśmy piętrowym pociągiem POLREGIO – ach! cóż to była za atrakcja!

Zdecydowaliśmy się wybrać na Półwysep Helski drugi raz, ale samochodem, tak jak pisałam na wstępie. Chcieliśmy zatrzymać się w kilku miejscach, więc musieliśmy mieć własny środek transportu. Pierwszym przystankiem była Jastarnia, by zobaczyć trzy schrony bojowe: Schron Bojowy „Sabała”, Schron Bojowy „Saratoga” i Ciężki Schron Bojowy „Sęp”. Do Sabały udało nam się wejść i zobaczyć mini muzeum wraz z historycznymi eksponatami, ponieważ latem jest on udostępniony do zwiedzania. Saratogę minęliśmy wchodząc na plażę, by zobaczyć Sępa, który pojawił się w serialu „Zatoka Szpiegów”. Utrzymując wycieczkę po półwyspie w historycznym klimacie, dotarliśmy do Muzeum Obrony Wybrzeża. Tam zwiedziliśmy skansen i zjedliśmy grochówkę w kuchni polowej. Niestety nie zdążyliśmy zwiedzić samego muzeum, ponieważ mieliśmy odjazd Helskiej Kolei Wąskotorowej. Trasa turystyczna kolejki jest podzielona na dwie części: pierwsza ze stanowiska nr 2 zwanego Bruno do stanowiska baterii nr zwanego Cezar o długości 500 m, a druga z stanowiska ogniowego Cezar do magazynów amunicji baterii o długości 1000 m. Podróż zatem nie trwa długo, ale warto się przejechać, bo jest dużo frajdy (zwłaszcza dla miłośników kolei). Na końcu trasy, w schronach mieści się Muzeum Kolei Helskich. Podczas przerwy przed wyruszeniem w drogę powrotną przejechaliśmy się drezyną oraz skorzystaliśmy z możliwości przejażdżki starym gazikiem po wertepach, a Maks sterował pantografem podnosząc go i opuszczając. Było naprawdę super! Po tylu atrakcjach wróciliśmy do Helu głodni jak wilki (morskie). Zjedliśmy pyszną rybkę u Kapitana Morgana, a następnie podjechaliśmy w okolicie bocznicy kolejki wąskotorowej. Krótkim spacerem przez las doszliśmy do plaży, gdzie znajdują się klimatyczne huśtawki nad brzegiem, z widokiem na Zatokę Pucką. W dobrych humorach wracaliśmy do Jastrzębiej Góry, ale radość nie trwała zbyt długo. Miny nam zrzedły, gdy zobaczyłam na mapach, że korek na jedynej drodze na półwyspie sięga dwóch godzin! Istny koszmar! Jeśli kiedykolwiek jeszcze wybiorę się w te rejony Polski, to będę się przemieszczać na dwóch kółkach, bo tłok i korki tym razem mnie przerosły. Tym bardziej, że nie udało nam się zobaczyć wszystkiego w ciągu tych dwóch dni, np. wraków statków w Porcie Wojennym, Cypla Helskiego i samych miejscowości położonych na półwyspie. Nie mniej jednak wypad do Helu uważam za udany, choć korek wspominamy do dziś 🙂